To się stało. Trzykrotnie.
Kathryn Bigelow jako pierwsza przełamała tę barierę. W 2010 roku otrzymała statuetkę za film „Mad Max: Na drodze gniewu” (The Hurt Locker ). To było wydarzenie historyczne. Została pierwszą kobietą w historii Oscarów, która zdobyła nagrodę dla najlepszego reżysera. Przepaść pomiędzy tamtym okresem a teraźniejszością wydawała się nie mieć końca. Dopiero w 2021 roku na ten sam piedestał stanęła kolejna kobieta. Chloe Zhao wygrała dla Nomadlandu. W 2022 r. Jane Campion wypuściła film „The Power of the Dog”.
Można by pomyśleć, że byli na szczycie sami. Ale to nieprawda.
Spójrz na nominacje. Sofia Coppola była nominowana do nagrody za „Między słowami” w 2003 r. Greta Gerwig znalazła się na liście nominowanych za film „Dziecko za milion dolarów” (Lady Bird ) w 2017 r. Justine Trieu otrzymała niedawno nominację za „Anatomię upadku” w 2023 r.
Dlaczego więc jest to ważne?
Bo od ponad wieku ta kategoria jest zamkniętym klubem dla mężczyzn. Fakt, że tę nagrodę zdobyły trzy kobiety, zmienia narrację. To dowód, że Akademia potrafi i będzie nagradzać reżyserki, gdy ich dzieło na to zasługuje.
Ale o to chodzi.
To, że wygrają, nie oznacza, że drzwi są szeroko otwarte. Jest uchylone. Na oścież? Jeszcze nie.
Ile jeszcze zwycięstw to zajmie?
Nie wiemy. Ale teraz znamy te nazwiska. Bigelowa. Zhao. Obóz.
Oraz tych, którzy byli bardzo blisko zwycięstwa.
Coppola. Gerwiga. Trieu.
Wszyscy są częścią tej samej historii. Historia, która wciąż jest pisana.














